Kotzev

Ja, Constantin Kotzev chcę w końcu opowiedzieć dziwną historię mojego życia. Swego czasu wśród rodziny i znajomych znany byłem jako Constantin szajbus, Constantin głąb bądź nieco łagodniej jako ten wzbudzający litość Konstantunio. Dość bojaźliwy, nadzwyczaj łatwowierny oraz – mimo pokaźnej budowy ciała – całkowicie spokojny i będący ofiarą żartów spłodzony na boku syn krawcowej i czołgisty. Synek, który zamiast kopać piłkę lubił zaczytywać się w dziejach wojen burskich. Od kiedy urodziłem się w miejscowości Chalamierje w północnej części Białorusi minęło już nieco ponad sześćdziesiąt lat. Zadziwiający zbieg okoliczności przesądził o tym, że obecnie najpotężniejsze persony w państwie stresują się w mojej bliskości, kłaniają mi się albo różnymi sposobami pokazują swoją lojalność. Wszyscy na Białej Rusi i na całym świecie dostrzegają we mnie kogoś całkiem innego, choć być może jestem już kimś kim kiedyś nie byłem. Ja naprawdę nie wybrałem swojego losu, tak jak nie można wybrać matki i ojca ani wyglądu twarzy. Zdarzają się sytuacje, że gdzieś w całkiem różnych miejscach, o tej samej porze przychodzą na świat dwie osoby podobne do siebie aż do złudzenia. Jeszcze rzadziej dochodzi do spotkania tych osób, nie mówiąc już o zdarzeniach jak z powieści „Królewicz i żebrak”. Ja akurat wyglądam jak sam Aleksander Łukaszenka. Dla jednych ludzi obrzydliwa, dyktatorska plama na demokratycznej Europie, dla innych rzeczywisty strażnik niezawisłej Białorusi. W rzeczywistości nieboszczyk, ale to informacje ściśle tajne. Jak to najczęściej bywa – tyrani niezwykle obawiają się o własne życie, naokoło wypatrują niesubordynację i zamaskowanych morderców. Analogicznie było również z naszym czcigodnym Aleksandrem, któremu doniesiono o moim przypadku i któremu byłem zmuszony usługiwać jako sobowtór lub nieuchronnie przeprowadzić się do więzienia. Możemy darować sobie szczegóły tej niebanalnej pracy i przejść do sedna rzeczy. Tak więc 24 lipca 2007 roku nasz prezydent zwyczajnie umarł na raka. Gdy gromada oficerów i ministrów biegała po jego rezydencji byłem przekonany, że zaraz ja też będę martwy. Miało miejsce jednak coś zupełnie zaskakującego. Paru żołdaków wyniosło leżące na dywanie ciało Łukaszenki, a wszyscy obecni przy tym oficjele osaczyli mnie i zaczęli tytułować prezydentem. Niewykluczone, że bez takiego przywódcy Białoruś już byłaby rosyjską prowincją, doszłoby do wojny domowej lub innych wydarzeń, do których państwowa wierchuszka nie chciała dopuścić. Stwierdzili, że muszę robić swoje i brutalnie przekonałem się na czym polega polityka. W złotych kajdanach władzy jestem do dzisiaj, uwielbiany, budzący zawiść, sterujący marionetkami, a równocześnie zależny od kogoś innego, niepewny przyszłości, permanentnie grający w swoją grę. Tak historia czasem drwi z losu jednostki.

Wpisy stron

Fotografia reklamowa Nowy Sącz

Estetyczne i eleganckie zdjęcia wykonywane przez zawodowców. Fotografia ślubna wykonywana na najwyższym po...

Katalog internetowy seo

Na planie zamku działa brać rycerskie, będący naraz falochronem zaś rejonie miast znajdujących się ma...

Pracownik i szef

Są różnego rodzaju egzaminy, które musimy zaliczać w swoim życiu. Jedne są trudniejsze, inne łatwiejsz...

Projekty stron internetowych Piła

Zatrudniamy pomysłowych ludzi, którzy tworzą strony internetowe Piła. Nasze pozytywy to rezultat oraz soli...

Informacje poświęcone

Artykuły poświęcone tanim budowlom. Tak się składa, że od jakiegoś czasu piszę mały blog, poświęcon...

Panele fotowoltaiczne

W Polsce najważniejszym pochodzeniem swady nadal istnieje węgiel kamienny. Na rozradowanie w ostatnich latac...